„[Pan] polecił swym uczniom, żeby łódka była dla Niego stale w pogotowiu ze względu na tłum, aby na Niego nie napierano. Wielu bowiem uzdrowił i wskutek tego wszyscy, którzy mieli jakieś choroby, cisnęli się do Niego, aby Go dotknąć.” (Mk 3:9-10)

Bywało, że i Syn Boży nie ogarniał sytuacji. Takie tłumy! Zdesperowani chorzy pchali się. Nie po autograf czy selfie z Mistrzem. Raczej po nadzieję na lepsze życie. Choroba to nic uszlachetniającego. To kula u nogi, której każdy zdrowo myślący chce się pozbyć. Dlatego jako kościół mamy obowiązek modlić się za chorych. A jeśli komuś nie starcza odwagi i wiary, to niech przynajmniej nie zabrania innym wykonywać polecenia Zbawiciela (patrz: Mk 16:15-18). Jeśli wiernie, posłusznie i wytrwale się modlimy, to Bóg ma więcej szans, by uzdrowić. Bo On nam (a nie sobie!) to zadanie zlecił.

„[Jezus] rzekł do człowieka, który miał uschłą rękę: Stań tu na środku!. A do nich powiedział: Co wolno w szabat: uczynić coś dobrego czy coś złego? Życie ocalić czy zabić? Lecz oni milczeli. Wtedy spojrzawszy wkoło po wszystkich z gniewem, zasmucony z powodu zatwardziałości ich serca, rzekł do człowieka: Wyciągnij rękę!. Wyciągnął, i ręka jego stała się znów zdrowa.” (Mk 3:3-5)

Chcesz wkurzyć Jezusa? Zatwardź swoje serce. Walcz o czystość doktryny, a nie o człowieka. Zadbaj o dobre religijne samopoczucie a nie dopuszczaj broń Boże do przejawów mocy Ducha, który wieje, gdzie chce. Zwiąż ręce Jezusowi i nie pozwól uzdrawiać – liczy się przecież porządek w kościele, a nie potrzeby ludzi, którym Syn Boży chce pomóc. Śmiało, rozgniewaj Jezusa – przecież najważniejsze jest Twoje jedynie słuszne zdanie, a nie Boża wola.
Czy jesteś gotów ustąpić Jezusowi, nawet jeśli to nie mieści się w twoim religijnym schemacie?

Pewnego razu, gdy Jezus przechodził w szabat pośród zbóż, uczniowie Jego zaczęli po drodze zrywać kłosy. Na to faryzeusze mówili do Niego: «Patrz, czemu oni czynią w szabat to, czego nie wolno?»
On im odpowiedział: «Czy nigdy nie czytaliście, co uczynił Dawid, kiedy znalazł się w potrzebie i poczuł głód, on i jego towarzysze? Jak wszedł do domu Bożego za Abiatara, najwyższego kapłana, i jadł chleby pokładne, które tylko kapłanom jeść wolno; i dał również swoim towarzyszom».
I dodał: «To szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu. Zatem Syn Człowieczy jest Panem także szabatu».(Mk 2:23-28)

Syn Boży, wcielone Słowo Boże nie ma problemu z tym, żeby ze względu na głód Jego uczniów przekroczyć przykazanie. Bo przykazanie miłości przewyższa wszystkie inne. Można być doskonałym w prawie, zasadach i przepisach religijnych, a pominąć po drodze drugiego człowieka – w którym przecież mieszka Bóg. Można dobrze wypaść przed innymi nakładając na buźkę świętoszkowaty make-up, ale się w tym wszystkim kompletnie pogubić, gdy serce zapomni o bliźnim. Nie zasadom się kłaniam, a Bogu który je przekazał. A jeśli chce się być doskonałym w wierze trzeba tylko (i aż!) jednego: kochać Boga i ludzi.
W jakich dziedzinach mojej wiary jestem zbyt małostkowy?

„Kto składa dziękczynną ofiarę, ten cześć Mi oddaje.” (Ps 50:23)
Dziękowanie jest cudownym sposobem na zmianę perspektywy. In więcej dziękuję, tym bardziej doceniam jak wiele dostałem. Dziękczynienie mnie wzmacnia, bo nagle odkrywam jakim jestem szczęściarzem. Jak wiele otrzymałem, jak mnóstwo nieoczywistych oczywistości składa się na moją codzienność. 
Tylko najtrudniej zacząć. I bywa, że wobec niesprzyjających okoliczności moja wdzięczność rzeczywiście jest „ofiarą”, bo to kosztuje. Zobaczyć coś ukrytego ponad górą wyzwań i trudności. Uśmiechnąć się, choć mi nie do śmiechu. Docenić kogoś, choć on nie docenił mnie. Okazać dobroć osobie, która mnie zraniła. Zaufać, gdy ktoś zawiódł. To wszystko pachnie niebem, które zrodzi się we mnie, gdy zacznę dziękować Najwyższemu. Wszystko, co mam, od Niego dostałem. Dziękuję Ci, kochany Panie!

Jeszcze 12 dni do mojego debiutu księgarskiego. Korekta została w piątek zakończona i teraz książka trafi do druku! Poniżej ostatnia z rekomendacji – tym razem od Marcina Zielińskiego. Dziękuję Ci bardzo za ciepłe słowa, drogi Braciszku!

„Od samego początku naszej przyjaźni urzekło mnie w Łukaszu Jego kochające Boga serce i szczera chęć podzielenia się Jezusem z innymi. Słowo, którym dzieli się w tej książce jest bardzo bezpośrednie i trafia w sam środek serca. Jego interpretacja fragmentów biblijnych nie jest teologicznie skomplikowana, lecz konfrontuje życie czytelnika. Taka właśnie jest prawdziwa ewangelia! Niech to, co za chwilę przeczytasz, przemieni Twój sposób patrzenia na Boże Słowo i sprawi, że stanie się ono dla Ciebie codziennym pokarmem, bez którego nie będziesz chciał już żyć!”

„[Jezus] przechodząc, ujrzał Lewiego, syna Alfeusza, siedzącego na komorze celnej, i rzekł do niego: «Pójdź za Mną!» Ten wstał i poszedł za Nim.” (Mk 2:14)
Jezus ma oczy wiary. Potrafi dostrzec Twój potencjał, nawet jeśli teraz nie wyglądasz zbyt okazale. Może siedzisz zanurzony po uszy w niefajnej codzienności. Może rutyna zżarła Twoją pasję i sens. Może jak Lewi zliczasz cyferki w excellu i tyle z tego życia. Ale On jest. I dostrzega coś więcej niż Twoje niechlubne tu i teraz. Wystarczy Jego jedno spojrzenie. I jedno zdanie: „Pójdź za mną”. Lewi zamyka biznes i zaczyna wszystko od początku. Choć nie na swoich warunkach, to z Tym, który go zna. I wierzy w niego. Mateusz odkrywa nagle kim jest i po co się urodził.
Ciebie Jezus też powołuje. Do czego?

Każdy trud jest jakąś okazją do rozwoju. Każde wyzwanie pomaga wzrosnąć mięśniom naszej wiary. Każdy kryzys ma w sobie szansę na zwycięstwo. 
Tylko trzeba wykonać najtrudniejsze: nie poddać się. Przetrwać. Przecierpieć. Przeczołgać się. Generalnie: jedno wielkie „prze”. 
Pomoże Ci Przyjaciel – Dawca Nadziei, Pocieszyciel, Pomocnik. On pomoże ci „prze-ć” i urodzić to wymarzone spełnienie. 
Weź Go za rękę. On przypomni ci nieśmiertelne obietnice, które masz na Piśmie. Podniesie dobrym Słowem, które jest ziarnem życiodajnym. Pokaże głębszy sens i szerszą perspektywę. Trzymaj się! Nadzieja nie może zawieść!

Hardość. Ukryta skrzętnie pod maską gorliwej pobożności. W istocie podszyta strachem. Że źle wypadnę na zawodach międzywspólnotowych. 
Że mnie przegonią w świętym wyścigu zbrojeń. Że nie będę wystarczająco charyzmatycznie radykalny, nawiedzeńczo namaszczony i co tam jeszcze sobie wymyślisz… 
Hardość, bo zabrakło czasu na Księcia Pokoju pośród świętej służby Pańskiej. Hardość, bo duszka nieuzdrowiona, borykająca się z nieprzebaczeniem. Hardość nabzdyczała spragniona poklasku, by zrekompensować brak poczucia wartości. Hardość, bo pokora, cichość i łagodność jest zawadą byciu efektywnym, wydajnym i zwycięskim.
Hardość? Już dość „hard”!
Mój ty produktywny Hardusiu-Pimpusiu. Tu masz papu:
– „Ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny.” (2 Kor 12:10)
– Nie siła, nie moc, ale Duch mój dokończy dzieła. (Za 4:6)
– „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” (Mt 5,3)
– „Moje serce się nie pyszni i oczy moje nie są wyniosłe. Nie gonię za tym, co wielkie, albo co przerasta moje siły. Przeciwnie: wprowadziłem ład i spokój do mojej duszy. Jak niemowlę u swej matki, jak niemowlę – tak we mnie jest moja dusza.” (Ps 131:1-2)