„Naraz zerwał się gwałtowny wicher. Fale biły w łódź, tak że łódź już się napełniała. On zaś spał w tyle łodzi na wezgłowiu. Zbudzili Go i powiedzieli do Niego: Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?On wstał, rozkazał wichrowi i rzekł do jeziora: Milcz, ucisz się!. Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza. Wtedy rzekł do nich: Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary?” (Mk 4:37-40)

Chętnie służę moim dzieciom. Przewinę, dam pić, jeść, ubiorę, umyję, pomogę posprzątać morze zabawek. Ale najbardziej cieszę się z tych przełomów, kiedy one zaczynają robić to wreszcie samodzielnie. Kiedy nie wołają: „tato, kupa!”, tylko kiedy wreszcie same się ogarniają. Bo przecież celem jest doprowadzić je do samodzielności i ostatecznie dojrzałości. Jezus też chce, żebyśmy nie tylko na Niego patrzyli i trzymali Go nieustannie za rękę. Pan nas wysyła, żebyśmy „większe, niż On rzeczy czynili”, żebyśmy wreszcie zastosowali to wszystko, czego nas uczy. Dlatego czasem utnie sobie komara w łodzi naszego życia ufając, że sobie poradzimy. On w nas wierzy! Zrozumiałem to usypiając wczoraj naszą najmłodszą o 23:40 – jak od kilkunastu dni. I wciąż ten sam scenariusz: płacz, histeria. Nie chciała w ogóle zasnąć. W końcu pytam Jezusa: „Czy nie mógłbyś jej uśpić? Nie obchodzi Cię to, że ona tak płacze?” I wtedy w jednej chwili zrozumiałem, że właśnie po to mam owocować cierpliwością, miłością, łagodnością, pokojem i opanowaniem – to te „umiejętności miękkie”, które jak klucz uniwersalny otworzą każde drzwi. Pan Bóg nie chce zmieniać okoliczności, tylko moje serce. Na nim mu najbardziej zależy. Więc każde kołysanie łódki to lekcja dla mnie. A czego ty się ostatnio uczysz?